Dziwnie to może zabrzmieć, zważywszy na to, że „Top Gun: Maverick” to kontynuacja hitu z lat osiemdziesiątych, jednak podczas seansu naszła mnie myśl, że dawno w kinie nie było produkcji tak odświeżającej i odróżniającej się od wielu innych współczesnych blockbusterów. W czasach, gdy z każdej strony jesteśmy bombardowani kolejnymi filmami o superbohaterach (które, żeby nie było, bardzo lubię), „Top Gun: Maverick” jest miłą odskocznią, filmem angażującym od pierwszych minut, fajnie zagranym i dopracowanym technicznie w każdej scenie.
W drugiej części główny bohater grany przez Toma Cruise’a powraca do szkoły Top Gun, gdzie podejmuje się przygotowania grupy pilotów do niezwykle niebezpiecznej, niemal niewykonalnej misji. Fabuła jest bardzo prosta i przewidywalna – niemal każda scena kręcona jest tak, że jej następstwa jesteś w stanie nieomylnie przewidzieć. Czy to jest zarzut? Może delikatny – warto jednak dodać, że produkcja nie usiłuje zaskakiwać widza, bo nie o to tu chodzi. Fabuła, mimo że nie brakuje w niej scen akcji, jest bardzo nostalgiczna, niemal melancholijna. Oczywiście dostarczono widzowi dużo wspominek i nawiązań do oryginału, ale nie zabrakło też rozdrapywania starych ran.

Największą siłą produkcji jest oczywiście strona techniczna. Nie ma tu sceny, która nie byłaby dopracowana do perfekcji, a to, o dziwo, nie zawsze jest gwarancją we współczesnych blockbusterach. Kiedy główny bohater siada za sterami samolotu, nie raz podkulicie nogi. To jest oczywiście coś, do czego przyzwyczaił już w swoich filmach Tom Cruise – jego nazwisko jest gwarancją świetnie zrealizowanych scen akcji. On sam jako Maverick jest co najwyżej niezły – to wciąż ta sama postać, ale z bagażem życiowego doświadczenia. Największą uwagę przykuwa Miles Teller – raz czy dwa przekręcicie oczami z poirytowaniem na zachowanie jego postaci, która jest dość mocno schematyczna i od razu wiemy, jaką drogę przejdzie. Można by rzec, że jego kolejne irytujące zachowania dosłownie odhaczamy z listy „do zrobienia”. Mimo to bohater jest zagrany dobrze i na końcu zdobył moją sympatię.

Kasowy sukces filmu nie dziwi (chociaż może jego olbrzymia skala już tak). Na „Top Gun: Maverick” będą bawić się zarówno ci widzowie, którzy uwielbiają jedynkę, ci, którzy pamiętają ją jak przez mgłę, a także ci, którzy z oryginałem nie są zaznajomieni wcale. Zresztą, dzięki wstawkom z poprzedniego filmu bez problemu można zrozumieć fabułę i motywacje bohaterów, nawet jeśli jedyne, co przychodzi Ci do głowy na myśl o jedynce to „Tom Cruise” i „samoloty”. Choć nie jestem fanem odgrzewania klasyków, jeśli już chcą to robić, niech robią to właśnie w ten sposób. Odlot.
Ocena: 8/10
Źródło zdj. głównego: Paramount / UIP









