Elvis – recenzja

29/06/2022

Elvis ma swoje problemy. Czasami wdziera się lekki chaos, czasami nie wszystko wybrzmiewa tak, jak powinno. Jednak Austin Butler, grający tytułową rolę, przyćmiewa wszystkie niedoskonałości. Jest perfekcyjny w każdej scenie, hipnotyzuje widownię, zupełnie jak prawdziwy Elvis. Przyznam, że po materiałach promocyjnych miałem pewne wątpliwości, ale gdy tylko Butler pojawił się na ekranie, w stu procentach uwierzyłem w jego kreację. Liczę na to, że na najbliższej gali rozdania Oscarów to właśnie do niego trafi statuetka – już na tym etapie nie widzę, by ktoś mógł wykonać w tym roku lepszą robotę.

Nie zawodzi partnerujący mu na ekranie Tom Hanks. To jedna z ciekawszych ról aktora w ostatnich latach – jest, rzecz jasna, nieco przeszarżowany, lekko karykaturalny, skrywa się pod toną charakteryzacji, jednak nie przeszkadza mu to w stworzeniu wyrazistej postaci, do której szczerze poczułem niechęć.

zdj. Warner Bros.

Produkcja zachwyca również od strony technicznej, zwłaszcza w momentach, kiedy Elvis jest na scenie. To właśnie montaż – oprócz oczywiście genialnego Butlera – sprawia, że tak świetnie ukazano szaleństwo muzyka. Przoduje tutaj fragment z piosenką „Trouble”, która jest dla mnie najlepszym momentem całego filmu. Żeby nie było tak pięknie – uważam, że nie do końca zadziałała scena z piosenką Doji Cat (którą bardzo lubię – zarówno piosenkarkę, jak i samą piosenkę). Montaż dźwięku w tej scenie jest bardzo dziwny, kiedy słyszymy piosenkę raz głośniej, raz ciszej (chociaż może to wina mojego kina).

Czasami wkradał się również chaos w samej fabule – bardzo szybko przeskakujemy przez kolejne etapy życia Elvisa, a sam początek jego kariery jest potraktowany bardzo pobieżnie. Oczywiście ciężko przedstawić wszystko, a film jest i tak bardzo długi. Należę jednak do osób, którym to nie przeszkadzało – to w końcu ponad dwie i pół godziny aktorskiego popisu Butlera z genialnymi piosenkami Elvisa. Mało tego – po wejściu napisów końcowych stwierdziłem, że z chęcią obejrzałbym więcej. Skończyło się na obsesyjnym słuchaniu kilku czołowych piosenek Elvisa, z czego na mojej playliście królowało wspomniane już „Trouble”.

zdj. Warner Bros.

Szkoda, że poważniej nie zagłębiono się w problemy Elvisa. Te oczywiście na ekranie są – nadużywanie alkoholu, narkotyków, zdrada. Film jednak nie wychodzi poza bezpiecznie rejony i domyślam się, że to świadomy wybór reżysera – to laurka dla Elvisa, więc pokazano widzowi, że takie rzeczy miały miejsce, ale nie poświęcono im zbyt dużo czasu.

Dostrzegam wady „Elvisa”, ale jest to film z rodzaju tych, gdzie te wady po prostu odchodzą na drugi plan. Oglądanie tego filmu to czysta przyjemność, co przekłada się także na mój ostateczny odbiór. Cóż, zwyczajnie nie można się powstrzymać, by się w tym filmie nie zakochać.

Ocena: 8/10

Źródło zdj. głównego: Warner Bros.

Podobał Ci się artykuł i chciałbyś wesprzeć finansowo Box Office Raport? Możesz postawić kawę!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

TAGI:

NEWSY FILMOWE

Elvis – recenzja

29/06/2022

Elvis ma swoje problemy. Czasami wdziera się lekki chaos, czasami nie wszystko wybrzmiewa tak, jak powinno. Jednak Austin Butler, grający tytułową rolę, przyćmiewa wszystkie niedoskonałości. Jest perfekcyjny w każdej scenie, hipnotyzuje widownię, zupełnie jak prawdziwy Elvis. Przyznam, że po materiałach promocyjnych miałem pewne wątpliwości, ale gdy tylko Butler pojawił się na ekranie, w stu procentach uwierzyłem w jego kreację. Liczę na to, że na najbliższej gali rozdania Oscarów to właśnie do niego trafi statuetka – już na tym etapie nie widzę, by ktoś mógł wykonać w tym roku lepszą robotę.

Nie zawodzi partnerujący mu na ekranie Tom Hanks. To jedna z ciekawszych ról aktora w ostatnich latach – jest, rzecz jasna, nieco przeszarżowany, lekko karykaturalny, skrywa się pod toną charakteryzacji, jednak nie przeszkadza mu to w stworzeniu wyrazistej postaci, do której szczerze poczułem niechęć.

zdj. Warner Bros.

Produkcja zachwyca również od strony technicznej, zwłaszcza w momentach, kiedy Elvis jest na scenie. To właśnie montaż – oprócz oczywiście genialnego Butlera – sprawia, że tak świetnie ukazano szaleństwo muzyka. Przoduje tutaj fragment z piosenką „Trouble”, która jest dla mnie najlepszym momentem całego filmu. Żeby nie było tak pięknie – uważam, że nie do końca zadziałała scena z piosenką Doji Cat (którą bardzo lubię – zarówno piosenkarkę, jak i samą piosenkę). Montaż dźwięku w tej scenie jest bardzo dziwny, kiedy słyszymy piosenkę raz głośniej, raz ciszej (chociaż może to wina mojego kina).

Czasami wkradał się również chaos w samej fabule – bardzo szybko przeskakujemy przez kolejne etapy życia Elvisa, a sam początek jego kariery jest potraktowany bardzo pobieżnie. Oczywiście ciężko przedstawić wszystko, a film jest i tak bardzo długi. Należę jednak do osób, którym to nie przeszkadzało – to w końcu ponad dwie i pół godziny aktorskiego popisu Butlera z genialnymi piosenkami Elvisa. Mało tego – po wejściu napisów końcowych stwierdziłem, że z chęcią obejrzałbym więcej. Skończyło się na obsesyjnym słuchaniu kilku czołowych piosenek Elvisa, z czego na mojej playliście królowało wspomniane już „Trouble”.

zdj. Warner Bros.

Szkoda, że poważniej nie zagłębiono się w problemy Elvisa. Te oczywiście na ekranie są – nadużywanie alkoholu, narkotyków, zdrada. Film jednak nie wychodzi poza bezpiecznie rejony i domyślam się, że to świadomy wybór reżysera – to laurka dla Elvisa, więc pokazano widzowi, że takie rzeczy miały miejsce, ale nie poświęcono im zbyt dużo czasu.

Dostrzegam wady „Elvisa”, ale jest to film z rodzaju tych, gdzie te wady po prostu odchodzą na drugi plan. Oglądanie tego filmu to czysta przyjemność, co przekłada się także na mój ostateczny odbiór. Cóż, zwyczajnie nie można się powstrzymać, by się w tym filmie nie zakochać.

Ocena: 8/10

Źródło zdj. głównego: Warner Bros.

Podobał Ci się artykuł i chciałbyś wesprzeć finansowo Box Office Raport? Możesz postawić kawę!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

TAGI:

NAJNOWSZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *