Naprawdę lubię pierwszą część i na dwójkę czekałem. Może nie jakoś bardzo, ale wiedziałem, że do kina wybiorę się na pewno. Niestety dwójka – zgodnie z moimi obawami – zawodzi po całości. Gdzieś zniknęli ciekawi bohaterowie, których przygody chciało się śledzić, a zastąpiono ich zupełnie nieangażującą fabułą i bzdurną nawalanką z paskudnym CGI. Trochę szkoda.
W „Gniewie Bogów” Billy (Asher Angel) i jego przybrana rodzina muszą zmierzyć się z Córkami Atlasa (Helen Mirren, Lucy Liu i Rachel Zegler), które chcą pomścić swojego ojca. Oprócz tego Billy’ego dręczy widmo zbliżającej się osiemnastki, co oznacza, ze jego przybrani rodzice przestaną otrzymywać na niego pomoc. Brzmi jak zalążek czegoś fajnego? Otóż nie tym razem.

Cóż, trzeba przyznać, że pozasuperbohaterski wątek Billy’ego wypadł w tym filmie wyjątkowo słabo. Coś, co było siłą jedynki, tutaj zostało niemal całkowicie pominięte. Zresztą, Billy w swojej normalnej wersji pojawia się w zaledwie kilku scenach, zaś jego superbohaterski odpowiednik zachowuje się totalnie inaczej. Naprawdę ciężko uwierzyć w jego zamartwianie się, że wkrótce zostanie kulą u nogi, kiedy bohater wypowiada swoje zmartwienia w zaledwie w paru scenach. Skopany wątek po całości. Niestety strona superhero nie prezentuje się lepiej. Zachary Levi w roli Shazama wyjątkowo mnie w tym filmie irytował. Wątek konfliktu z Córkami Atlasa jest nudny i przewidywalny, a grająca jedną z nich Helen Mirren nie wkłada w swoją rolę żadnych starań. Absolutnie paskudna rola.
Wizualnie jest kiepsko (choć nie aż tak kiepsko jak w najnowszym „Ant-Manie”). Ciężko powiedzieć, co się ostatnio dzieje z efektami specjalnymi w filmach, ale poza drobnymi wyjątkami („Diuna”, „Avatar: Istota wody”), większość filmów wygląda gorzej niż te kręcone piętnaście lat temu. Kiedyś filmy z kiepską fabułą miały przynajmniej efekty, które cieszyły oko. Tutaj nie mamy ani angażującej fabuły, ani ładnych efektów specjalnych.

Na osobny akapit zasługuje tragiczna końcówka, w której pojawiła się pewna znana z DCEU postać. Przez to zakończenie ostatecznie obniżyłem swoją ocenę o jeden punkt. Było to tak absurdalnie głupie, że od samego patrzenia czułem ciarki żenady. Wszyscy wiedzą, że uniwersum DCEU jest w rozsypce, a ta żałosna próba spajania go w jedność w niczym nie pomaga.
Czy coś mi się podobało? Obsada – oprócz wkurzającego Zachary’ego Levi i słabej Helen Mirren – spisała się bardzo dobrze. Prym jak zwykle wiedzie Jack Dylan Grazer w roli Freddy’ego, który dostał o wiele więcej czasu ekranowego od głównego bohatera, w którego wcielił się Asher Angel. Bardzo fajnie wypadała również Rachel Zegler. Większość żartów, choć były w małej ilości, również siadło. W kilku miejscach szczerze się zaśmiałem – na przykład z listu, który Billy wysłał do Córek Atlasa. Dlatego szkoda, że takich momentów w filmie jest jak na lekarstwo.
„Shazam! Gniew Bogów” to niestety średni film, pozbawiony komediowego stylu jedynki i nastawiony na robienie rozwałki (do tego brzydkiej). Z pewnością kolejnego filmu nie ujrzymy, a szkoda, bo po pierwszej części była tu nadzieja na fajną serię superhero. Zmarnowany potencjał.
Ocena: 5/10
Źródło zdj. głównego: Warner Bros.











