Siedząc wczoraj w sali kinowej nie mogłem wyjść z zachwytu, że właśnie doświadczam czegoś niezwykłego. Oto sala kinowa IMAX wypełniona była co do jednego miejsca na filmie, który nie jest marvelowym blockbusterem, a ciężkim dramatem, trzygodzinną biografią, zupełnie niewpisującą się w kino, na które chodzą tłumy. Pojawiła się więc nadzieja, że w kinie zaczną rządzić takie filmy jak „Oppenheimer” – kino wartościowe, pozostawiające widza z mętlikiem w głowie, zrealizowane z pasją.
Najnowszy film Christophera Nolana opowiada historię amerykańskiego naukowca J. Roberta Oppenheimera, który zostaje dyrektorem programu rozwoju broni atomowej „Manhattan”. W produkcji śledzimy jego drogę ku stworzeniu śmiercionośnej broni, a także jego rozterki życiowe.

„Oppenheimer” trwa aż trzy godziny, ale podczas seansu naprawdę się tego nie odczuwa. Produkcja wciąga od samego początku, a widz nie odrywa wzroku nawet na chwilę, by czegoś nie pominąć. To film, który oczywiście stoi dialogami, więc naprawdę trzeba mocno się na nim skupić, by się nie pogubić. To oczywiście żaden minus. Nolan sprawia, że angażujemy się w historię, bo jak na biografię jest opowiedziana wyjątkowo dynamicznie. Duża w tym zasługa sali IMAX, która tylko podbija stawkę. Jeśli macie możliwość wybrać się na ten format, nie zastanawiajcie się nawet chwili. Olbrzymi ekran wraz z niesamowitym dźwiękiem to po prostu coś innego.
Sam wybuch bomby nie rozczarował. Genialnie budowane napięcie aż do ostatecznego wybuchu i ta przejmująca cisza na sali i ludzie wpatrzeni w ekran. Na dźwięk wybuchu dosłownie podskoczyłem na fotelu. Scenie tej dorównuje również zakończenie, które sprawia, że po seansie zostajemy z myślami: „czy jesteśmy zgubieni?”. To działa z podwójną mocą zwłaszcza w obecnych czasach.

Oprócz genialnej oprawy, znakomicie spisała się również obsada. Cillian Murphy w roli głównej to pewniak do Oscarowej nominacji. Po mistrzowsku wykreował postać nieidealną, pełną sprzeczności. Tak samo Robert Downey Jr., który daje tutaj najlepszy występ w karierze. Nieco rozczarowały postacie kobiece. Zarówno Florence Pugh, jak i Emily Blunt, nie miały zbyt wiele do zagrania.
„Oppenheimer” jest genialnie nakręcony, genialnie zagrany, okraszony genialną muzyką Ludwiga Göranssona. To nie jest zwykła biografia. To film sprawnie lawirujący pomiędzy wieloma gatunkami, co sprawia, że śledzenie tej historii jest doświadczeniem niezwykłym. Obejrzenie tego filmu na sali IMAX, wypełnionej w całości widzami, którzy pochłaniali tę opowieść z taką samą uwagą, co ja, to wydarzenie, którego nigdy nie zapomnę. Za coś takiego kocham filmy.
Ocena: 9/10
Źródło zdj. głównego: Universal











