Indiana Jones i artefakt przeznaczenia – recenzja

30/06/2023

Uwaga na spojlery. Jeszcze kilka miesięcy temu bardzo czekałem na nową część „Indiany Jonesa”, ale z zupełnie nieznanych mi powodów im bliżej premiery, tym film był mi coraz bardziej obojętny. Z pewnością nie pomogły recenzje z Cannes, które wskazywały na najsłabszy film z serii. Zasiadłem jednak w kinie i wiecie co? To jest niezły film. Do poziomu pierwszych trzech części się nie zbliża, nie mam jednak po seansie wrażenia, że właśnie obejrzałem coś, co psuje moje wyobrażenie o tej serii. To po prostu miły, przyjemny film, który fajnie się ogląda, mimo wielu problemów, które są bardzo wyraźne.

W tej części Indiana Jones grany oczywiście przez niezastąpionego Harrisona Forda właśnie przechodzi na emeryturę. Niespodziewanie jednak wplątuje się w intrygę, której częścią są Helena Shaw, jego córka chrzestna (Phoebe Waller-Bridge) i – rzecz jasna – naziści. Wszyscy udają się w pogoń za artefaktem, dzięki któremu podobno można cofać się w czasie.

zdj. Disney

Sekwencja otwierająca film jest fajnie i sprawnie zrealizowana. Odmłodzony Ford wygląda bardzo dobrze, może jedynie w kilku ujęciach zalatywało sztucznością. Gorzej było, gdy się odzywał. Głos starszego Forda w połączeniu z młodą twarzą dał dziwny efekt. Wiadomo, wszyscy wiemy, że to efekt komputerowy, jednak produkcja w żadnym stopniu nie starała się sprawić, byśmy uwierzyli w odmłodzoną wersję bohatera. Całą sekwencję ogląda się jednak fajnie, potyczki zrealizowaną są ciekawie, a jedynie w kilku momentach widać niedociągnięcia CGI .

Bardzo fajnie wypada Phoebe Waller-Bridge, która jest najciekawszą postacią całego filmu. Nie spodziewałem się zupełnie takiej wersji tej postaci i miło mnie to zaskoczyło. Jej Helena Shaw od razu daje się polubić, bo widz oczywiście wie, że jej podejście „dbam tylko o pieniądze” to tak naprawdę jedynie maska. Bardzo fajna bohaterka, która zdecydowanie lepiej wypada od syna Indiany z poprzedniej części. Również jej relacja z Indianą fajnie rozwija się przez cały film aż do oczywistego finału, który jednak swoją oczywistością zupełnie nie psuje dobrego wrażenia.

zdj. Disney

Ford jak to Ford – zawsze miło go widzieć na ekranie, a rola bardzo podobna do Hana Solo w „Przebudzeniu Mocy”. Zabrakło mi jednak większego podkreślenia wieku bohatera. W zaledwie kilku scenach Indiana narzeka na „ból pleców”, w reszcie zaś skacze i biega bez najmniejszego problemu. Myślę, że pokazanie jak Indiana mierzy się ze starością byłoby naprawdę świetnym motywem, którego tutaj nie wykorzystano. Z drugiej strony to ma być przecież klasyczny film przygodowy, więc może nie powinienem narzekać na taki aspekt. Natomiast absolutnie uwielbiam jego finałową scenę.

Efekty specjalne, jak to ostatnio bywa w blockbusterach, są nierówne. Czasami jest naprawdę dobrze, by zaraz dowalić sceną pościgu po dachu pociągu, gdzie widać, że postacie są wygenerowane komputerowo. W większości film wygląda jednak ładnie. Zupełnie niewyróżniająca jest za to muzyka – prócz oczywiście znanego wszystkim głównego motywu.

„Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” to niezły film. Działa jako zwykła rozrywka na nudny wieczór, za to niekoniecznie jako pożegnalny film Harrisona Forda z ikoniczną rolą. Choć jego ostatnia scena, jak już wspomniałem, była rewelacyjna, w całym zakończeniu zabrakło mi jakiejś kropki nad i, dzięki której dobitnie wybrzmiałoby: to już koniec, Harrison Ford jako Indiana Jones naprawdę przechodzi na emeryturę.

Ocena: 6/10

Źródło zdj. głównego: Disney

TAGI:

NEWSY FILMOWE

Indiana Jones i artefakt przeznaczenia – recenzja

30/06/2023

Uwaga na spojlery. Jeszcze kilka miesięcy temu bardzo czekałem na nową część „Indiany Jonesa”, ale z zupełnie nieznanych mi powodów im bliżej premiery, tym film był mi coraz bardziej obojętny. Z pewnością nie pomogły recenzje z Cannes, które wskazywały na najsłabszy film z serii. Zasiadłem jednak w kinie i wiecie co? To jest niezły film. Do poziomu pierwszych trzech części się nie zbliża, nie mam jednak po seansie wrażenia, że właśnie obejrzałem coś, co psuje moje wyobrażenie o tej serii. To po prostu miły, przyjemny film, który fajnie się ogląda, mimo wielu problemów, które są bardzo wyraźne.

W tej części Indiana Jones grany oczywiście przez niezastąpionego Harrisona Forda właśnie przechodzi na emeryturę. Niespodziewanie jednak wplątuje się w intrygę, której częścią są Helena Shaw, jego córka chrzestna (Phoebe Waller-Bridge) i – rzecz jasna – naziści. Wszyscy udają się w pogoń za artefaktem, dzięki któremu podobno można cofać się w czasie.

zdj. Disney

Sekwencja otwierająca film jest fajnie i sprawnie zrealizowana. Odmłodzony Ford wygląda bardzo dobrze, może jedynie w kilku ujęciach zalatywało sztucznością. Gorzej było, gdy się odzywał. Głos starszego Forda w połączeniu z młodą twarzą dał dziwny efekt. Wiadomo, wszyscy wiemy, że to efekt komputerowy, jednak produkcja w żadnym stopniu nie starała się sprawić, byśmy uwierzyli w odmłodzoną wersję bohatera. Całą sekwencję ogląda się jednak fajnie, potyczki zrealizowaną są ciekawie, a jedynie w kilku momentach widać niedociągnięcia CGI .

Bardzo fajnie wypada Phoebe Waller-Bridge, która jest najciekawszą postacią całego filmu. Nie spodziewałem się zupełnie takiej wersji tej postaci i miło mnie to zaskoczyło. Jej Helena Shaw od razu daje się polubić, bo widz oczywiście wie, że jej podejście „dbam tylko o pieniądze” to tak naprawdę jedynie maska. Bardzo fajna bohaterka, która zdecydowanie lepiej wypada od syna Indiany z poprzedniej części. Również jej relacja z Indianą fajnie rozwija się przez cały film aż do oczywistego finału, który jednak swoją oczywistością zupełnie nie psuje dobrego wrażenia.

zdj. Disney

Ford jak to Ford – zawsze miło go widzieć na ekranie, a rola bardzo podobna do Hana Solo w „Przebudzeniu Mocy”. Zabrakło mi jednak większego podkreślenia wieku bohatera. W zaledwie kilku scenach Indiana narzeka na „ból pleców”, w reszcie zaś skacze i biega bez najmniejszego problemu. Myślę, że pokazanie jak Indiana mierzy się ze starością byłoby naprawdę świetnym motywem, którego tutaj nie wykorzystano. Z drugiej strony to ma być przecież klasyczny film przygodowy, więc może nie powinienem narzekać na taki aspekt. Natomiast absolutnie uwielbiam jego finałową scenę.

Efekty specjalne, jak to ostatnio bywa w blockbusterach, są nierówne. Czasami jest naprawdę dobrze, by zaraz dowalić sceną pościgu po dachu pociągu, gdzie widać, że postacie są wygenerowane komputerowo. W większości film wygląda jednak ładnie. Zupełnie niewyróżniająca jest za to muzyka – prócz oczywiście znanego wszystkim głównego motywu.

„Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” to niezły film. Działa jako zwykła rozrywka na nudny wieczór, za to niekoniecznie jako pożegnalny film Harrisona Forda z ikoniczną rolą. Choć jego ostatnia scena, jak już wspomniałem, była rewelacyjna, w całym zakończeniu zabrakło mi jakiejś kropki nad i, dzięki której dobitnie wybrzmiałoby: to już koniec, Harrison Ford jako Indiana Jones naprawdę przechodzi na emeryturę.

Ocena: 6/10

Źródło zdj. głównego: Disney

TAGI:

NAJNOWSZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *