Uwaga na spojlery. Ciężko uwierzyć, że od premiery poprzedniej części minęło sześć lat. Choć po drodze oczywiście dostaliśmy Strażników w kilku innych filmach MCU, tęskniłem za ich solowymi przygodami. Ostatnimi czasy MCU mocno zawodzi, a poprzedni film, „Ant-Man i Osa: Kwantomania”, chyba skutecznie zabił moją ekscytację tym uniwersum. Mimo to, „Strażnicy Galaktyki: Volume 3” byli dla mnie pozycją obowiązkową. Już od kilku dni, kiedy zaczęły pojawiać się recenzje, mówiło się, że to bardzo dobra produkcja. I cóż, totalnie się z tym zgadzam.
Strażnicy Galaktyki żyją względnie spokojnie w swojej siedzibie w Knowhere. Ich spokój zostaje jednak zakłócony niespodziewanym atakiem, którego celem jest sam Rocket. Strażnicy muszą opuścić Knowhere i zmierzyć się z Wielkim Ewolucjonistą, który dąży do stworzenia idealnego społeczeństwa.

Największym plusem „Strażników Galaktyki” jest to, że nie jest to kolejna część wielkiej historii MCU, tylko oddzielna, skupiająca się na bohaterach opowieść. Choć cała idea MCU jest oczywiście świetna, nie da się ukryć, że od jakiegoś czasu filmy te robione są taśmowo, żeby odhaczyć kolejny fragment opowieści, który doprowadzi nas do kolejnych „Avengersów”. Najbardziej widać to właśnie po „Kwantomanii”, w której główni bohaterowie tak naprawdę nie są w tej historii najważniejsi – najważniejsze było przedstawienie kolejnego głównego złoczyńcy. „Strażnicy Galaktyki” nie idą tą drogą, co jednak wcale mnie nie dziwi. Poprzednie części, nawet jeśli w jedynce na moment pokazał się Thanos, zawsze były oddzielnymi opowieściami gdzieś daleko w galaktyce.
Reżyser znakomicie rozwija znane nam wszystkim postacie, dając im godne zakończenia historie. Najlepiej wypada tu oczywiście Rocket, którego przeszłość potrafi chwycić za serce. Rocket, który do tej pory był raczej gdzieś z tyłu, tutaj wysuwa się na pierwszy plan. Sceny retrospekcji z jego udziałem to najmocniejsze elementy filmu. Bardzo podobał mi się również wątek Gamory i Petera, a także jego ostateczne rozwiązanie. Każde poszło w swoją stronę, a Peter w końcu mógł pogodzić się z utratą swojej ukochanej.

Trochę nie do końca kupuję natomiast nową postać, czyli zapowiadanego od dawna Adama Warlocka. To typowy comic relief, który w sumie nawet zbytnio nie bawił. Jego braku z pewnością bym nie odczuł. Aczkolwiek Will Poulter zagrał go w porządku – wygląda na to, że Warlock będzie rozwijany w przyszłości. Natomiast na duży plus główny złoczyńca filmu, Wielki Ewolucjonista. Jest bezwzględny, totalnie przeszarżowany, ale w pozytywnym znaczeniu, bo idealnie wpisuje się to do konwencji filmu. Liczyłem jednak na jego większą i bardziej emocjonującą konfrontację z Rocketem. Właściwie cały film był podbudową pod ich spotkanie, a ostatecznie tę kwestię rozwiązano bardzo szybko.
W końcu dostaliśmy film MCU, który wizualnie cieszy oko. Przy paskudnym czwartym „Thorze” i jeszcze gorszej „Kwantomanii”, „Strażnicy Galaktyki: Volume 3” prezentują się świetnie, zupełnie nie odstając realizacją od poprzednich części. Świetnie prezentują się zarówno lokacje, jak i animowane postacie na czele z Rocketem. Mam jednak jeden problem ze strukturą filmu. Choć retrospekcje Rocketa były najmocniejszym elementem całego seansu, miałem wrażenie, że były wstawiane w zupełnie losowych miejscach. Szkoda, że nie wpleciono ich jakoś bardziej w fabułę.
„Strażnicy Galaktyki: Volume 3” to świetne widowisko, pełne emocji, wzruszeń i śmiechu. Jestem zadowolony z tego, gdzie ostatecznie znalazła się każda z postaci. Po seansie było mi cieplej na sercu wiedząc, że każdy z nich odnalazł swoje miejsce w galaktyce.
Ocena: 8/10
Źródło zdj. głównego: Disney / Marvel











