Uwaga na spojlery. „Szybcy i wściekli” już dawno stracili to, za co początkowo polubiłem tę serię. W dziesiątej części twórcy naciskają pedał gazu, bo przecież finałowa opowieść (historia urywa się w połowie) musi pobić to, co pokazano w dziewiątce. I choć tym razem bohaterowie nie wybierają się w kosmos samochodem przerobionym na rakietę, nie raz i nie dwa złapiecie się za głowę na widok absurdalnych scen akcji.

Film otwiera znana wszystkim fanom sekwencja z piątej części, w której bohaterowie grani przez Paula Walkera i Vina Diesela ciągną samochodami przez miasto olbrzymi sejf. Nie powiem, to absolutna topka serii, najlepsza sekwencja z najlepszego filmu. Do historii wpleciono Jasona Momoę, aby w sensowniejszy sposób umotywować zemstę jego postaci na Domie. To nie pierwszy raz, gdy twórcy dopisują jakąś historię do pokazanych już kiedyś wydarzeń (przeważnie działo się to wtedy, kiedy okazywało się, że postać, która od dawna nie żyje, jednak cudem uniknęła śmierci). Ogląda się to jednak całkiem nieźle. Głównie dzięki, cóż, znakomitej sekwencji z piątki, ale także dzięki Jasonowi, którego postać, czarny charakter w nieco Jokerowskim stylu, to najlepsze, co najnowszej części się przydarzyło.
Seria dawno straciła już jakiekolwiek poczucie realizmu (właściwie nawet chwalona przeze mnie sekwencja z sejfem z części piątej to kompletne zaprzeczenie praw fizyki), jednak wybaczyć nie mogę, że sceny te są po prostu słabo zrealizowane. Totalnie wiem, że ich absurdalność jest celowym zabiegiem i kupiłbym to, gdyby twórcy choć trochę się postarali (patrz totalnie odjechane, nierealistyczne i genialnie zrobione sceny akcji z „Johna Wicka 4”). Niestety scenom tym brakuje płynności, są pocięte, chaotyczne, a do tego często towarzyszą im kiepskie efekty specjalne. Całość ogląda się jednak całkiem nieźle, głównie dzięki absurdalności, która dostarcza dużo śmiechu i po której niejeden widz złapie się za głowę, zastanawiając się „co ja właśnie obejrzałem?”. Po namyśle stwierdzam, że owa absurdalność jest ich jedynym pozytywnym aspektem. Zawsze lepiej oglądać brzydko nakręcone, absurdalnie głupie (ale dostarczające jakąś rozywkę) sceny, niż brzydko nakręcone i do tego nudne.

Niestety, jednym z najgorszych aspektów tej części jest sam główny bohater, grany przez Vina Diesela Dom Toretto. Diesel to słaby aktor i ta część, gdzie musi pokazać trochę więcej emocji, niestety tylko to uwydatnia. Nie pomaga mu scenariusz – niemal każda kwestia padająca z ust Doma brzmiała zbyt patetycznie, jakby wypowiadał je mędrzec. Nie powiem, wprawiało mnie to w lekki dyskomfort i zażenowanie. Nie przekonała mnie również nowa bohaterka grana przez Brie Larson, której brakuje jakiegokolwiek charakteru. Larson wcale się nie stara, by cokolwiek z tej postaci wycisnąć.
Za to bardzo fajnie wypadła Daniela Melchior w roli Isabel, zwłaszcza w scenie, w której tę bohaterkę poznajemy. Scenie, która należy chyba do moich ulubionych. Bardzo fajny i klimatyczny powrót do korzeni, gdzie nikt nie latał w kosmosie i nie zjeżdżał po wielkiej tamie, goniony przez falę ognia. Po prostu zwykły wyścig. Niestety, sekwencja kończy się zbyt szybko, a ekscytacja znika.
„Szybcy i wściekli 10” to bardzo średni film, ale trochę lepszy od poprzedniej części. Dziewiątkę narobiłem kilka dni temu, aby wybrać się do kina na najnowszą odsłonę, i cóż, wymęczyła mnie ona okropnie. Część dziesiątą da się obejrzeć bez ciągłego zastanawiania się, kiedy nadejdzie koniec.
Ocena: 5/10
Źródło zdj. głównego: Universal









