Avatar: Istota wody – recenzja

17/12/2022

Trzynaście lat po premierze pierwszej części w końcu doczekaliśmy się kontynuacji najlepiej zarabiającego filmu w historii kina. Doskonale pamiętam, gdy premiera początkowo zaplanowana była na okolice 2014 roku, więc teraz, gdy w końcu zasiadłem w kinowych fotelu, poczułem niemałą ekscytację. Pierwszą część obejrzałem po raz pierwszy w kinie dopiero w tym roku i był to seans niezwykle udany. Choć od zawsze lubiłem „Avatara”, domowy telewizor nie był w stanie pokazać jego fenomenu, dlatego też na „Istotę wody” wybrałem się do kina już w premierowy dzień.

Fabuła drugiej części jest niezwykle prosta. Na Pandorze znów pojawiają się ludzie, niszcząc dotychczasowy spokój. Jake Sully i jego rodzina postanawiają opuścić swoją wioskę, aby szukać schronienia u innych plemion. Tak trafiają do plemienia, którego naturalnym środowiskiem jest woda.

zdj. 20th Century Studios / Disney

W „Istocie wody” na pierwszy plan wysuwają się dzieci Jake’a i Neytiri. Najlepiej prezentuje się młodszy syn Lo’ak, który wydaje się o wiele ciekawszą postacią od Jake’a z pierwszej części. Świetna jest również Kiri, w którą wcieliła się Sigourney Weaver. Choć na początku seansu lekko przeszkadzał mi głos starszej aktorki w roli dziecka, po czasie przestałem zwracać na to uwagę. Kiri jest zdecydowanie najbardziej intrygującą postacią filmu, która prawdopodobnie odegra główną rolę w nadchodzących kontynuacjach. Fajnie na ekranie było zobaczyć – a raczej usłyszeć – Kate Winslet w roli Ronal. To jedna z moich ulubionych aktorek, choć szkoda, że można ją tutaj poznać tylko po głosie. W porównaniu do Jake’a i Neytiri, Ronal w niczym nie przypomina aktorki, która ją gra.

Nie będę ukrywał, że na „Istotę wody” szedłem głównie dla efektów specjalnych. Nie zrozumcie mnie źle – prosta fabuła, zarówno w tej części, jak i w poprzedniej – zupełnie mi nie przeszkadzała. Jest to jednak taki film, w którym na pierwszy plan wysuwa się strona wizualna, która oczywiście jest genialna. Nigdy nie widziałem lepiej wyglądającego filmu, dopracowanego w każdym szczególe, przy którym inne współczesne blockbustery (z małymi wyjątkami, np. „Diuna”), wyglądają jak produkowane taśmowo półprodukty. James Cameron – reżyser obu filmów – postawił w „Istocie wody” na eksploatację świata, co w stu procentach wpisało się w moje oczekiwania. W połączeniu z fenomenalnym 3D, pogłębiło tylko wrażenie, że to, co widzimy na ekranie, jest żywe, a nie stworzone przez specjalistów od efektów specjalnych. W kilku ujęciach przeszkadzał mi natomiast HFR – czasami odnosiłem wrażenie, że oglądam przyspieszony film, co wprowadzało dziwny dyskomfort. Było to jednak zaledwie kilka momentów, które w żaden sposób nie psuły mi wrażenia z całości.

zdj. 20th Century Studios / Disney

Bardzo podobały mi się również nawiązania do poprzednich filmów Camerona. Reżyser czerpie z nich garściami, zwłaszcza z „Titanica”. Finałowa bitwa to totalna jazda bez trzymanki i najlepsza część całego filmu. Trzygodzinny seans minął bardzo szybko i w żadnym momencie nie odczułem znudzenia.

„Istota wody” to film bardzo dobry. Nie wyszedłem z kina z przekonaniem, że właśnie obejrzałem najlepszy film w życiu – to po prostu niezwykle wciągająca uczta dla zmysłów, którą powinno się obejrzeć w kinie (a przyznam, że parę razy się nawet wzruszyłem, co tylko pokazuje, że fabularnie też był w stanie mnie zainteresować). Z niecierpliwością czekam na trzecią odsłonę, która – mam nadzieję, że tym razem już zgodnie z planem – za dwa lata.

Ocena: 8/10

Źródło zdj. głównego: 20th Century Studios / Disney

Podobał Ci się artykuł i chciałbyś wesprzeć finansowo Box Office Raport? Możesz postawić kawę!

Postaw mi kawę na buycoffee.to

TAGI:

NEWSY FILMOWE

Avatar: Istota wody – recenzja

17/12/2022

Trzynaście lat po premierze pierwszej części w końcu doczekaliśmy się kontynuacji najlepiej zarabiającego filmu w historii kina. Doskonale pamiętam, gdy premiera początkowo zaplanowana była na okolice 2014 roku, więc teraz, gdy w końcu zasiadłem w kinowych fotelu, poczułem niemałą ekscytację. Pierwszą część obejrzałem po raz pierwszy w kinie dopiero w tym roku i był to seans niezwykle udany. Choć od zawsze lubiłem „Avatara”, domowy telewizor nie był w stanie pokazać jego fenomenu, dlatego też na „Istotę wody” wybrałem się do kina już w premierowy dzień.

Fabuła drugiej części jest niezwykle prosta. Na Pandorze znów pojawiają się ludzie, niszcząc dotychczasowy spokój. Jake Sully i jego rodzina postanawiają opuścić swoją wioskę, aby szukać schronienia u innych plemion. Tak trafiają do plemienia, którego naturalnym środowiskiem jest woda.

zdj. 20th Century Studios / Disney

W „Istocie wody” na pierwszy plan wysuwają się dzieci Jake’a i Neytiri. Najlepiej prezentuje się młodszy syn Lo’ak, który wydaje się o wiele ciekawszą postacią od Jake’a z pierwszej części. Świetna jest również Kiri, w którą wcieliła się Sigourney Weaver. Choć na początku seansu lekko przeszkadzał mi głos starszej aktorki w roli dziecka, po czasie przestałem zwracać na to uwagę. Kiri jest zdecydowanie najbardziej intrygującą postacią filmu, która prawdopodobnie odegra główną rolę w nadchodzących kontynuacjach. Fajnie na ekranie było zobaczyć – a raczej usłyszeć – Kate Winslet w roli Ronal. To jedna z moich ulubionych aktorek, choć szkoda, że można ją tutaj poznać tylko po głosie. W porównaniu do Jake’a i Neytiri, Ronal w niczym nie przypomina aktorki, która ją gra.

Nie będę ukrywał, że na „Istotę wody” szedłem głównie dla efektów specjalnych. Nie zrozumcie mnie źle – prosta fabuła, zarówno w tej części, jak i w poprzedniej – zupełnie mi nie przeszkadzała. Jest to jednak taki film, w którym na pierwszy plan wysuwa się strona wizualna, która oczywiście jest genialna. Nigdy nie widziałem lepiej wyglądającego filmu, dopracowanego w każdym szczególe, przy którym inne współczesne blockbustery (z małymi wyjątkami, np. „Diuna”), wyglądają jak produkowane taśmowo półprodukty. James Cameron – reżyser obu filmów – postawił w „Istocie wody” na eksploatację świata, co w stu procentach wpisało się w moje oczekiwania. W połączeniu z fenomenalnym 3D, pogłębiło tylko wrażenie, że to, co widzimy na ekranie, jest żywe, a nie stworzone przez specjalistów od efektów specjalnych. W kilku ujęciach przeszkadzał mi natomiast HFR – czasami odnosiłem wrażenie, że oglądam przyspieszony film, co wprowadzało dziwny dyskomfort. Było to jednak zaledwie kilka momentów, które w żaden sposób nie psuły mi wrażenia z całości.

zdj. 20th Century Studios / Disney

Bardzo podobały mi się również nawiązania do poprzednich filmów Camerona. Reżyser czerpie z nich garściami, zwłaszcza z „Titanica”. Finałowa bitwa to totalna jazda bez trzymanki i najlepsza część całego filmu. Trzygodzinny seans minął bardzo szybko i w żadnym momencie nie odczułem znudzenia.

„Istota wody” to film bardzo dobry. Nie wyszedłem z kina z przekonaniem, że właśnie obejrzałem najlepszy film w życiu – to po prostu niezwykle wciągająca uczta dla zmysłów, którą powinno się obejrzeć w kinie (a przyznam, że parę razy się nawet wzruszyłem, co tylko pokazuje, że fabularnie też był w stanie mnie zainteresować). Z niecierpliwością czekam na trzecią odsłonę, która – mam nadzieję, że tym razem już zgodnie z planem – za dwa lata.

Ocena: 8/10

Źródło zdj. głównego: 20th Century Studios / Disney

TAGI:

NAJNOWSZE

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *