Lubię postać Ant-Mana. Pierwsza część jego solowych przygód to świetna komediowa przygodówka. Niestety już druga część mocno mnie zawiodła, trójka zaś to najgorszy film z całej trylogii i jeden z najgorszych w MCU. Nie powiem, by mnie to zaskoczyło. Już po zwiastunach widać było, że film poziomem przypominać będzie „Thora: Miłość i grom”. Niestety okazało się, że jest jeszcze gorzej.
W „Kwantomanii” bohaterowie zostają wciągnięci do wymiaru kwantowego. Okazuje się, że Janet (w tej roli Michelle Pfeiffer), która kiedyś zniknęła na wiele lat w wymiarze kwantowym, nie powiedziała wszystkiego o tym miejscu, a Ant-Man (w tej roli Paul Rudd) i spółka będą musieli zmierzyć się z zadziwiającymi istotami oraz nowym superzłoczyńcą o imieniu Kang.

Podniesienie stawki na „musimy uratować świat” zadziałało w przypadku Ant-Mana bardzo negatywnie. Historia ukazana w filmie jest po prostu zła. Zaletą pierwszej części (a nawet drugiej), było właśnie to, że film działał świetnie jako osobna produkcja. Największą przyjemność czerpało się z interakcji głównego bohatera po zmniejszeniu z otaczającym go światem – światem, który znamy. Więc kiedy Ant-Man trafia do wymiaru kwantowego – zupełnie innego od naszego świata – cały ten czar pryska. Używanie przez niego mocy jest więc pozbawione jakiejkolwiek ekscytacji.
Sam wymiar kwantowy przedstawiono tragicznie. Wyraźnie widać, że nie było na niego pomysłu. Wygląda to tak, jakby twórcy wzięli niewykorzystane grafiki z innych filmów MCU i wrzucili to do wymiaru kwantowego. Estetyką film przypomina więc „Strażników Galaktyki” i „Thora”, trochę nawet „Gwiezdne wojny”, ale w znacznie gorszym wydaniu. Być może mam zbyt duże wymagania po drugim „Avatarze”, gdzie ukazanie świata oszałamiało. Na tle podwodnego świata Pandory z „Avatara”, wymiar kwantowy prezentuje się wręcz paskudnie. To po prostu kolejny film MCU, który jest brzydki wizualnie.

Czy coś mi się podobało? Wszystkie sceny poza wymiarem kwantowym były bardzo fajne. Tak wiem, to pewnie maksymalnie piętnaście minut całego filmu. Nawet jeśli nie pokazano w tym czasie jak Ant-Man używa swoich mocy, miało się wrażenie, że jest zupełnie innym, o wiele ciekawszym bohaterem. W porządku, choć bez rewelacji zaprezentowano nowego superzłoczyńcę Kanga, który ma być takim Thanosem nadchodzących faz MCU. Jonathan Majors zagrał go przyzwoicie, na tyle, ile był w stanie wyciągnąć z mizernego scenariusza. Wśród ogólnego bałaganu spodobał mi się również motyw mrówek Hanka, choć Michael Duglas, który zagrał Hanka, przez większość filmu wyglądał, jakby nie bardzo wiedział co tam robi.
Żałuję, że multiwersum przedstawiane jest w MCU tak mizernie. Lubię ten motyw. Uważam, że jeśli wykonać go dobrze, może być naprawdę fenomenalny. Do tej pory jedynie „Doktor Strange w multiwersum obłędu” ukazał go w niezły sposób (choć mocno ograniczony). Mam nadzieję, że wyciągnięte zostaną wnioski ze słabych ocen, które „Kwantomania” dostaje. Jest jeszcze szansa, by to wszystko naprawić.

Nie powiem, że jestem rozczarowany, bo nie spodziewałem się po tym filmie dużo. Jest mi jedynie trochę przykro, bo od pewnego czasu MCU zmierza w kierunku, którego nie pochwalam. Produkcje robione są po prostu na odwal. Gdyby kolejnym filmem nie byli „Strażnicy Galaktyki vol. 3”, być może ominąłbym kinowy seans kolejnej produkcji z tego uniwersum.
Ocena: 5/10
Źródło zdj. głównego: Disney, Marvel











