Najbardziej wyczekiwany przeze mnie film ostatnich lat w końcu trafił do kin. „Diuna: Część druga” okazała się być moim największym kinowym doświadczeniem w życiu. Kompletne, wielowarstwowe, wizualnie arcydzieło. Denis Villeneuve stworzył jeden z najlepszych filmów sci-fi w historii, który z miejsca staje się klasykiem tego gatunku.
„Diuna: Część druga” rozpoczyna się w tym samym miejscu, w którym zakończyła się część poprzednia. Paul wraz z matką Jessicą, w towarzystwie Fremenów, udają się do jednej z sicz. Według proroctwa Fremenów, główny bohater ma stać się tym, który poprowadzi ów lud do zielonego raju.

Doskonale pamiętam seans pierwszej części. Zachwycony byłem całym światem przedstawionym, powolną, ale angażującą historią oraz wizualnym i muzycznym splendorem. To świetny film, który z pewnością będzie działał jeszcze lepiej w połączeniu z częścią drugą, gdy w końcu będzie można doświadczyć pełnej historii. „Diuna: Część druga” to jednak film zdecydowanie lepszy. Pełno tu fenomenalnych ujęć, genialnej muzyki Hansa Zimmera i przede wszystkim świetnej, emocjonującej historii. Raz na jakiś czas pojawia się taki film, który przypomina jak powinno robić się kino – „Diuna: Część druga” to nie jest kolejny taśmowo wyprodukowany film od Marvela (jak zawsze muszę tu wspomnieć o „Kwantomanii”). W „Diunie” widać serce włożone w każdą scenę.
Film jest przepiękny wizualnie i stawiam go na równi z takimi produkcjami jak oba „Avatary” Jamesa Camerona. Ciężko nawet wymienić, które sceny prezentują się najlepiej. Znakomicie wypada pierwsza przejażdżka Paula na czerwiu pustyni, znakomicie prezentuje się walka na arenie na Giedi Prime, pięknie wyglądają kadry z Paulem stojącym na tle ogromnych eksplozji. Nie ma tu ani jednej niedopracowanej sceny z niedokończonymi efektami specjalnymi (a to zdarza się ostatnio dość często w dużych filmach).

Druga część „Diuny” zachwyca ścieżką dźwiękową. Hans Zimmer już przy okazji jedynki stworzył niezwykłe, zapadające w pamięci utwory. Mamy więc znajome motywy muzyczne z pierwszej części, ale również dużo nowego. Absolutnie uwielbiam utwór „A Time of Quiet Between the Storms” towarzyszący wątkowi miłosnemu Paula i Chani. Rzadko kiedy udaje się stworzyć soundtrack tak charakterystyczny, że po usłyszeniu kilku dźwięków od razu ma się przed oczami sceny z filmu.
Genialnie spisała się także obsada. To jedna z lepszych ról w karierze Timothée Chalameta (jeśli nie najlepsza). Świetnie oglądało się przemianę jego postaci na ekranie, a końcowe sceny z jego udziałem wbijają w fotel. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak Austin Butler w roli psychopatycznego Feyd-Rautha Harkonnena. Cała sekwencja na Giedi Prime z wprowadzeniem tej postaci to mój ulubiony fragment filmu. Uwodzicielskie, piękne i obrzydliwe jednocześnie.
Odkąd oceniam filmy, wystawiłem najwyższą notę tylko pięciu pozycjom. Dziś do tego grona dołącza „Diuna: Część druga”. Arcydzieło kina sci-fi.
Ocena: 10/10
Podobał Ci się artykuł i chciałbyś wesprzeć finansowo moją pracę? Możesz postawić mi kawę!
Źródło zdj. głównego: Warner Bros.









